Pragnęła, z całego serca pragnęła mieć dziecko. Mąż jako taki, praca nawet dobra, dochody, ładny domek na obrzeżach miasta. Tak, drzewo zasadzili. Razem. Świerk. Będzie na święta. Do idealnego, pastelowego obrazka brakowało jakiegoś ślicznego dziecka. Chłopca! Dziewczynka też by się nadała.
"I żeby miało włoski taki kręcone, blond, tak, oczka niebieskie, ząbki ładne, żadnej próchnicy."
Mąż w ciszy patrzył na małżonkę wymieniającej ryteria dziecka idealnego. Już, już mieli wybrać dziecko, zabrać na weekend i zostać z nim na zawsze.
"Ale koniecznie, żeby miało nie więcej, jak pięć lat. Nie mniej, jak trzy. Zanotowała pani dokładnie?"
Bez różnicy mu było, ile lat będzie miało to dziecko, kupił piłkę, postawił dwie małe bramki na równo przystrzyżonym trawniku.
"I nie chcemy żadnego łobuza, prawda kochanie?"
Łobuziaki są urocze, przynajmniej nie nudziłby się czekając na żonę wracającą z salonu kosmetycznego. "Obojętnie, dziecko, to dziecko."
"Tak, czyli żadnego łobuza. To ile dzieci mam do wyboru?"
Ciasny kok na głowie dyrektorki domu dziecka zdawał się poluzować, zaczęła ssać końcówę wiecznego pióra i wertować skatalogowane w albumie dzieci.
- Będzie Piotruś, lat cztery. Będzie Antoś, lat trzy. Będzie Sabinka, lat pięć. Będzie Marta, lat cztery.
"Świetnie! Czy można zmienić imię tej Marcie? Brzydkie strasznie. Prawda kochanie?"
Co za różnica, imię to imię.
Piotruś ciągnąc za ucho ogromnego królika przekroczył próg idealnego domu. Wiedział, że przyjechał tu tylko na dwa dni, jednak w jego małym sercu iskrzyła się nadzieja na dłuższe życie obok tej miłej, dużo mówiącej pani i tego strojącego miny pana. Obiad. Piotr nie lubi marchewki. Uśmiech elegankiej pani powoli nikł na jej idealne twarzy. Jak to nie lubi marchewki? Dzieci muszą jeść marchewki. Może królik zje marchewkę? Królik zjadł marchewkę, w oczach Piotrusia. Zjedzona marchewka, plamiąc budnego królika spadała, odklejając się od pluszu na idealną podłogę w idealnej kuchni.
"No niestety, nie przypadliśmy sobie z małym do gustu, tak, ja wiem, że ma buzię aniołka, jednak on chyba też nas nie polubił."
Antoś. Antoś zabrał nowo poznanemu w parku koledze łopatkę i nie chciał oddać. Antoś nie słuchał poleceń szczebiocącej miłej pani, żeby nie siadał na piasku. Antoś ubrudził nowe spodenki świeżym piaskiem. Antoś płakał w nocy. Antoś jest za mały.
"Wie pani, może jednak dziewczynka, może to dziewczynka jest mi pisana. Bo rozumie pani, to trzeba poczuć."
Sabinka rezolutnie spojrzała na bramki na trawniku. Będziemy kopać? Miły pan pobiegł po piłkę, jednak miła pani powiedziała, że dziewczynki układają sobie włosy z miłymi paniami. Długie, blond loki, upinane w różnorakie koki i warkocze zdawały się być w przestrzeni ponad oderwanym od rzeczywistości ciałem dziewczynki. Ta patrzyła na miłego pana, kopiącego piłkę w samotności do bramki. Ten pan, on jest miły.
"Wie pani co. No niestety, nie tym razem. Może Marta, oj co za imię, może z Martą nam się ułoży."
Marta biegała wokół stołu. Marta krzyczała, jak słyszała spadający widelec. Marta zmoczyła w nocy drogi materacyk. Marta, co za paskudne, prowincjonalne imię.
Pani dyrektor rozpuściła ciasny kok i okazało się, że jest niebrzydką kobietą. Miły pan umówił się z panią bez koka na kawę. Miła pani podpisała papiery rozwodowe. Miły pan wziął ślub z tą panią bez koka.
Nowi mili państwo mieli czworo dzieci. Piotrusia karmiącego króliczka. Antosia śpiącego z nimi w łóżku podczas ataków płaczu. Sabinkę grającą w przdszkolnej drużynie piłki nożnej. Martę, o ładnym imieniu, coraz spokojniejszą Martę.
Miła pani kupiła karnet do nowootwartego salonu piękności, zastanawiając się, czemu tak ciężko jest wybrać sobie dziecko.
2012-01-30 14:31:30 skomentuj (0)
ułóż.
Układaliście kiedyś kamienie przy rozszalałych dźwiękach skrzypiec? Uczucie podobne do zbierania posypanego życia. Dopasowywanie głazików, jak chronologiczne i logiczne porzadkowanie w głowie przeżyć, sytuacji.
Wyobraź sobie siebie samego, siebie samą. Spójrz w lustro znajdujące się w głębi ciebie i weź głęboki wdech. Szkło pokrywa się białą mgłą. Oddychając omiatamy parą obraz naszego życia, każde gwałtowniejsze zassanie powietrza bardziej rozmywa nam światopogląd. Osobiście myślenie zaczynam wypuszczając powietrze do końca i czując żołądek przy kręgosłupie, z ogromnym bólem, potrafię myślec i widzieć wszystko, jak słabo widzący po laserowej korekcji wzroku. I wiesz oc wtedy widzę? Marzenia, pragnienia, wtedy odkrywam to, co najbardziej skryte. Jak to prosto przestać oddychać i zobaczyć siebie od wewnątrz. Dźwięki skrzypiec i gitar nabierają głębszego znaczenia. Czy to znaczy, że dopiero po śmierci poznam siebie naprawdę?
2011-09-09 11:59:13 skomentuj (0)
względnie
Zamyka oczy i powoli opada w chmurę z pozornie wyparowanych z głowy wspomnień. Obraca się w nich, smakuje, dotyka, natrafia na coś bolesnego i opada z hukiem burzy w goracych strumieniach łez.
Liczy godziny, błądzi w datach, w latach. Gubi się po kilku postwaionych krokach, wraca do punktu wyjścia i podejmuje tę samą drogę. W ten sposób ma pocieszającą świadomość emocjonalnej aktywności, nie dopuszcza do siebie, ze stoi w miejscu. Przecież da się stać w miejscu poruszając się. Kwestia względności.
Chmury znikną, podejmie wyzwanie gdy obierze inną ścieżkę do dalszego życia.
2011-06-19 20:00:20 skomentuj (0)
Sekcja
Obejmij serce dłoni wierzchem i wyczuj rytm.
- Klatka otwarta?- zabrzmiał dźwięczny głos z tyłu sterylnie czystej sali.
- Tak, ale nie wiem co o tym myśleć.
- Praktykanci nie myślą, praktykanci patrzą.- Szybkim krokiem podszedł do stołu i głośno wciągnął powietrze. Jego nozdrza, płuca wypełnił zapach gęstniejącej i krzepnącjej krwi, ludzkiego, kobiecego ciała. Obserwował milimetr po milimetrze niedawno ustałe w biciu serce, zdawało się być ono bardziej poranione od całego ciała.
Na studiach ciągle ktoś powtarzał mu, że uczucia umiejscowione są tylko w człowieczym mózgu, w hormonach, w chemii, jednak przed soba miał idealny, świezy okaz serca pokrytego bliznami, nacięciami. Czy można serce żyletką ciąć bez rozcinania skóry? Tylko głębokie i nieszczęśliwe uczucie rani jak nożem.
- Mogę zobaczyć jej twarz?- zapytał cicho praktykantki.
- Pan doktor nigdy nie chciał oglądać twarzy denata... - zdjęła materiał z twarzy kobiety- Proszę.
"Przyczyna zgonu: nieszczęśliwa miłość"
Gdy nie czujesz rytmu, zaśnij.
2011-03-31 11:35:19 skomentuj (0)
O literach
na nagrobku ciosali litery
grubym dłutem szerokie litery
czy przekażesz
w literach
prąd rzeki
czy poczujesz literą
szept słodki
czy w literze czy w głosce
jest sens
na nagrobku wyciosaj litery
L I T E R Y
2011-03-25 13:14:23 skomentuj (1)
żyj.
Czasem uczucie palców zaplątanych we włosy o poranku towarzyszy w codziennym życiu. Grzęźniesz w mało odpowiednim dla siebie miejscu, wiesz co chcesz osiągnąć, ale nie możesz ruszyć na przód, a o cofnięciu się nie ma mowy.
Porównanie do włosów wydaje się dużo trafniejsze niż metafora bagna. Bagno z nazwy nie ma wydźwięku przesiakniętego nadzieją.
Zamknij oczy i zatrać się w swoich celach, zrób kilka przemyślanych kroków, przyspiesz i strać oddech podczas biegu, by zatrzymać się i stanąć w oczekiwanym miejscu.
2011-03-01 10:47:09 skomentuj (3)
Niewidzialna, rozdział 3, ostatni.
Spędzali razem długie popołudnia i jeszcze dłuższe wieczory. Kamila miała wyrzuty sumienia, że nie wyjawiła Markowi swojego imienia. Biła się z myślami bardzo długo, czy wyznać mu prawdę, w końcu przyjaźń nie powinna mieć w fundamencie kłamstw, z drugiej jednak strony odpowiadało jej, gdy nazywał ją Julią. Dla samej siebie była Julią. Julią, która codziennie rano, jak na skrzydłach gnała na uczelnię, by spotkać osobę, dla której zostawiła lustrzany świat, dla której porzuciła marzenia o Hamlecie, o zmartwychwstaniu Szekspira. Dla Marka też była Julią, pocieszną, zagubioną, roztargnioną i z innego świata.
- Cześć. Ja chciałam ci powiedzieć, że jestem Kamila. Ale niezupełnie Kamila, trochę Julia... nie! Cześć. Ja cię okłamałam. Mam na imię Kamila, ale Julią się czuję... źle.
- Cześć. Przyszłam do ciebie, bo muszę ci coś wyznać. Okłamałam cię. No nie rób takich oczu, to nic strasznego. Wtedy w pubie powiedziałam, że mam na imię Julia. Jestem Kamila i strasznie źle się z tym czuję, lubię, gdy mnie tak nazywasz, ale chyba pora przestać udawać, pora wyjść ze świata wyobraźni, bo realny staje się coraz piękniejszy... No czemu nic nie mówisz?
- Cześć. Jestem Marek, a ty?- wyciągnął dłoń.
- Kamila.- oddała uścisk.
Uśmiechnął się. Jeszcze przed sytuacją z fruwającymi karteluszkami wiedział jak się nazywa, gdzie mieszka i że trudno do niej dotrzeć, gdy w końcu udało mu się nawiązać nić porozumienia i powoli stwarzać z niej linę, czekał tylko, aż sama przyzna się do prawdy. W myślach była jego Kamilą, w ustach tworzył Julię, oczami widział Kamilę, ale ona była pewna, że Julię. Ona zarzucała sobie, że między nimi jest tylko przyjaźń, on tak samo i tkwili w tym już kilka miesięcy.
Już dawno przestali nawiązywać do renesansowego twórcy, przestał być ich pośrednikiem, odnaleźli własny język, szczery, ale z jedną, wspólną dla obojga tajemnicą. Bowiem, gdy wypowiadali swe imiona, gdy zwracali się do siebie, gdy dotykali swoich ciał przypadkiem, oboje marzyli by ta druga osoba poczuła tę samą iskrę, ten sam prąd emocji. Któregoś zimnego poranka Marek siedział na podłodze w pokoju Kamili, ona zbierała notatki, z których dzień wcześniej uczyła się do ważnego zaliczenia, on spokojnie czekał i patrzył na jej rozbiegany po łóżku wzrok, na nieobecne duchem ciało. Postanowił spróbować, wyszeptał cicho, tak, by nie dotarły do niej poszczególne słowa.
- Cześć. Jestem Marek i jestem w tobie zakochany.
Czekał na jej reakcję, tak, jak się spodziewał, nie zareagowała, nie usłyszała. Westchnął, bo rozpalił w sobie iskierkę nadziei, że jednak usłyszy, że zareaguje, ale nie dostrzegł w niej nic, co mogłoby wskazywać, że słyszała choć słowo. Może i lepiej, lepiej, że nie słyszała, jest im dobrze tak, jak jest teraz. Przebywają obok siebie, po co cokolwiek zmieniać.
Po kilkunastu minutach szli na uczelnię, śmiali się, podziwiali pierwsze oznaki wiosny na świecie, przeskakiwali kałuże.
Jak zwykle, Marek odprowadził ją pod drzwi sali, będąc już samemu spóźnionym, przytulił ją na pożegnanie i poczekał, aż zniknie za drzwiami, odwrócił się i powoli udał się na własny wykład. Drzwi za nim się otworzyły.
- Zaczekaj!- stanął. Dziewczyna podeszła do niego.- Cześć. Jestem Kamila i jestem w tobie zakochana.- wyciągnęła dłoń, ujął ją i przyciągnął mocno do siebie.
2010-11-16 12:32:47 skomentuj (1)
Niewidzialna, rozdział 1 i 2
- Wiesz co?- uśmiechnęła się promiennie do swojego odbicia w lustrze.- lubię cię. Jesteś moją jedyną przyjaciółką na tym świecie, nie zawiedź mnie.
Uważana była za szaloną, ponieważ spędzała krótkie poranki i długie popołudnia na rozmowach z lustrem, z odbiciem, z przyjaciółką po drugiej stronie czarodziejskiej tafli. Jej świat pozornie wydawał się zatrzymać na etapie kilkuletniej dziewczynki, która podróżuje w myślach ze swoim wytworem wyobraźni. To było coś duzo bardziej zaawansowanego, dojrzałego. Wśród rówieśników uważana była za dziwaczkę noszącą się w sposób dużo inny od całej reszty. Kiedy w gorący dzień wśród zabieganych studentek widziało sie tylko krótkie spodenki, sukienki i ładne koszulki, ona przychodziła omotana w szaliki i w kolejnym kapeluszu zasłaniającym długie, brązowe włosy i zielone oczy. Inne z zeszytem w ręce, lub torebką na ramieniu, ona z średniej wielkości plecakiem oraz z cała masę zeszytów, kartek i karteluszek poupychanych po kieszeniach skórzanej kamizelki. Zimą natomiast do tego wszystkiego dochodził gruby kożuch po pra pra babci, a kapelusz zastąpiony był futrzaną czapką przywiezioną przez sąsiada z dalekiej Syberii.
Czuła się artystką, nie zadawała się z ludźmi, którzy jej nie rozumieli, z pospólstwem. Uważała się za lepszą od innych, a tak na prawdę nic, poza przepisywaniem wersetów Szekspira nie robiła. Czy była szalona? Nie, była inna, ale nie szalona, nie rozumiana, odrzucona, zakochana w Hamlecie. Godzinami opowiadała sobie w lustrze o randkach z bohaterem dramatu, w efekcie nie zauważała kręcących się wokół niej mężczyzn. Kolejni próbowali nawiązać z nią kontakt, intrygowała ich, nie była kolejnym tworem napędzanym przez szybko zmieniającą się modę, była ładna, tajemnicza, pozornie idealna. Kamila opędzała się od nich, jak od komarów w letni wieczór nad jeziorem tłumacząc sobie, że te teraźniejsze kanalie nie dorównają ideałowi, jaki stworzyła w swej głowie.
Pewnego chłodnego dnia wychodząc z uczelni podstępny wiatr wyrwał jej z kieszeni kamizeli kilkanaście małych i dużych kartek. Łzy obmywały jej policzki, poczuła się przeraźliwie osamotniona, to były najukochańsze wersety jej renesansowego twórcy. Teraz fruwały nad głowami rozbawionych studentów odpalających papierosy. Spuściła głowę, zdjęła kapelusz, zmięła go i schowała do plecaka uwalniając tym samym kosmyki długich włosów. Przysiadła na ławce i cicho westchnęła nienawidząc każdego podmuchu wiatru co raz bardziej. W pewnym momencie na jej kolanach spoczęły czyjeś ręce, a w nich przejęte z zakamarków dziedzińca kartki papieru. Podniosła wzrok i ujrzała brązowe, uśmiechnięte, a zarazem spłoszone oczy. Kamień spadł jej z serca, szybko zabrała kartki i upchnęła do plecaka, nie chciała ryzykować kolejnym porwaniem.
Dziękuję. Jestem ci wdzięczna, że zauważyłeś, nie biegałam za nimi, nie krzyczała, każdy mógł pomysleć, że nie są one widocznie tak ważne.
- Chciałabym, żebyś wiedział, że to są jedne z najbardziej istotnych rzeczy w moim marnym życiu, chociaż są na nich tylko...
- Słowa, słowa, słowa.- dokończył za nią chłopak, po czym uśmiechnął się, wstał i zniknął we wnętrzu budynku.
Tego dnia nie rozmawiała z odbiciem w lustrze, długo patrzyła w sufit i rozmyślała o tym, czy specjalnie użył fragmentu Hamleta, czy zrobił to przypadkowo. Nie wiedzieć czemu każdy kolejny podmuch wiatru uderzający w jej okno na poddaszu wywoływał przyjemny skurcz w okolicy żołądka.
Rozdział 2
Po raz pierwszy od wielu lat delikatnie podkreśliła oczy, a kapelusz zostawiła w kącie pokoju, by drobinki kurzu od razu mogły na nim spocząć. Z głośnym westchnieniem, jako kompanem wyruszyła na uczelnię. Intuicja podpowiadała jej, by nie szła zbyt szybko z autobusowego przystanku do budynku, który od dnia poprzedniego przesiąknięty był wspomnieniem, które wywoływało głośne, głębokie westchnienie. Czuła, że werset zHamleta wypowiedziany w jej stronę nie był przypadkowy, był celowo przemyślany, wyłapany z jednej z latających kartek. Przy wejściu na dziedziniec odwróciła się szybko za siebie i wydawało jej się, że chłopak wpatrujący się w jej plecy to sprawca wczorajszego zdarzenia, więc uśmiechnęła się delikatnie i szybko pobiegła na zajęcia.
Ten dzień wyjątkowo się dłużył, krótkie przerwy nie pozwalały Kamili nawet na krótkie wyjście przed uczelnię, by powdychać dym z papierosów palonych przez pozostałych.
Czekając w szatni na beżowy prochowiec za plecami usłyszała
- Słabości, twe imię kobieta.
Odwróciła szybko głowę i ujrzała, odrobinę zbyt blisko jej twarzy, brązowe, rozbawione czymś oczy. Speszona opuściła wzrok i wymamrotała do swoich butów
- Nie wiem skąd wiesz o mojej miłości do Szekspira, nie wiem skąd wiesz, że mi to schlebia, nie wiem, na prawdę, dlaczego w twoich oczach błyskają rozbawione ogniki. Chciałabym, byś wiedział, że nie mam doświadczenia w relacjach damsko-męskich, jestem przerażona, zafascynowana...- podniosła wzrok i znów wpatrywała się w, tym razem, zaciekawione oczy- Schlebia mi to, nie rozmawiam z ludźmi, bo uważam, że nie dorastają mi do pięt. I nie wiem po co ci to mówię.
- Nie dorastają ci do pięt. W każdym szaleństwie jest metoda- usłyszał ciche westchnienie, dobrze wiedział, że nawet niedosłowne nawiązanie do Hamleta wywoła w niej przyjemny dreszcz- Może wpadniesz dziś do tego baru na deptaku na sok, jakoś pod wieczór? Ja będę tam od 18.
- Tak, tak, będę.- odparła szybko i uciekła do szarego, uczelnianego budynku.
W pośpiechu zabrała z szatni płaszcz gubiąc szalik i pierwszy raz w życiu odpuściła sobie resztę zajęć. W domu stanęła przy otwartej szafie i ze łzami w oczach wygrzebała starą, czarną, prostą sukienkę. Stanęła przed lustrem podziwiając swoje odbicie. Uśmiechnęła się do siebie, nie do wyimaginowanej przyjaciółki. Czuła, że w jej życiu przyszedł czas na rozpoczęcie nowego etapu.
Weszła do pubu, który na pierwszy rzut oka przypominał klimatyczną, maleńką spelunę, ale po chwili przebywania okazywało się, że był to jeden z tych większych barów. Stoliki zdawały się być przypadkowo porozrzucane po lokalu, obrazki i plakaty nie tworzyły wspólnej całości, przez co ogół wydawał się być nieuporządkowany, ale zarazem miły dla oka. Niepewnie spojrzała w lustro nad barem, założyła kosmyk włosów za ucho i spojrzała na barmana, który wywołał u niej odruch wymiotny, był spocony, wielki i w śmiechu pokazywał wszystkie braki w uzębieniu. Szybko przeszła dalej, nogi się pod nią uginały, nie widziała nigdzie chłopaka, który ją tu ściągnął, a była prawie 19, miała ochotę odwrócić się i wrócić jak najszybciej do starej rzeczywistości.
- Chyba pora się w końcu przedstawić. Marek.
- Julia.- odparła cicho i poczuła, że blady rumieniec wstępuje na jej policzki.
- Miłość do pewnego autora została ci zaszczepiona razem z imieniem, co?
- Prawdopodobnie. Choć wolę uważać, że to sprawka kary, którą odbywałam w szkolnej bibliotece za zbicie okna w piwnicy podczas nieudolnej ucieczki ze sprawdzianu z matematyki.- zaśmiała się na samo wspomnienie o tamtym dniu.
Brzmi ciekawie, chodź, usiądziemy przy stoliku, zamówimy coś do picia i opowiesz mi więcej.
Ściany, ludzie, muzyka, błąkający się barmani rozmyli się, gdy wokół nich powstał magiczny świat wspomnień i opowieści z życia. Dwie, zamknięte dla otoczenia osoby otworzyły przed sobą wnętrza i oboje czuli, że nastąpił początek przyjaźni, niepisanej deklaracjami, w dal odsunęli wytwory wyobraźni, zamiast lustra i cienia mieli przed sobą drugą osobę.
Po raz pierwszy od wielu lat delikatnie podkreśliła oczy, a kapelusz zostawiła w kącie pokoju, by drobinki kurzu od razu mogły na nim spocząć. Z głośnym westchnieniem, jako kompanem wyruszyła na uczelnię. Intuicja podpowiadała jej, by nie szła zbyt szybko z autobusowego przystanku do budynku, który od dnia poprzedniego przesiąknięty był wspomnieniem, które wywoływało głośne, głębokie westchnienie. Czuła, że werset zHamleta wypowiedziany w jej stronę nie był przypadkowy, był celowo przemyślany, wyłapany z jednej z latających kartek. Przy wejściu na dziedziniec odwróciła się szybko za siebie i wydawało jej się, że chłopak wpatrujący się w jej plecy to sprawca wczorajszego zdarzenia, więc uśmiechnęła się delikatnie i szybko pobiegła na zajęcia.
Ten dzień wyjątkowo się dłużył, krótkie przerwy nie pozwalały Kamili nawet na krótkie wyjście przed uczelnię, by powdychać dym z papierosów palonych przez pozostałych.
Czekając w szatni na beżowy prochowiec za plecami usłyszała
- Słabości, twe imię kobieta.
Odwróciła szybko głowę i ujrzała, odrobinę zbyt blisko jej twarzy, brązowe, rozbawione czymś oczy. Speszona opuściła wzrok i wymamrotała do swoich butów
- Nie wiem skąd wiesz o mojej miłości do Szekspira, nie wiem skąd wiesz, że mi to schlebia, nie wiem, na prawdę, dlaczego w twoich oczach błyskają rozbawione ogniki. Chciałabym, byś wiedział, że nie mam doświadczenia w relacjach damsko-męskich, jestem przerażona, zafascynowana...- podniosła wzrok i znów wpatrywała się w, tym razem, zaciekawione oczy- Schlebia mi to, nie rozmawiam z ludźmi, bo uważam, że nie dorastają mi do pięt. I nie wiem po co ci to mówię.
- Nie dorastają ci do pięt. W każdym szaleństwie jest metoda- usłyszał ciche westchnienie, dobrze wiedział, że nawet niedosłowne nawiązanie do Hamleta wywoła w niej przyjemny dreszcz- Może wpadniesz dziś do tego baru na deptaku na sok, jakoś pod wieczór? Ja będę tam od 18.
- Tak, tak, będę.- odparła szybko i uciekła do szarego, uczelnianego budynku.
W pośpiechu zabrała z szatni płaszcz gubiąc szalik i pierwszy raz w życiu odpuściła sobie resztę zajęć. W domu stanęła przy otwartej szafie i ze łzami w oczach wygrzebała starą, czarną, prostą sukienkę. Stanęła przed lustrem podziwiając swoje odbicie. Uśmiechnęła się do siebie, nie do wyimaginowanej przyjaciółki. Czuła, że w jej życiu przyszedł czas na rozpoczęcie nowego etapu.
Weszła do pubu, który na pierwszy rzut oka przypominał klimatyczną, maleńką spelunę, ale po chwili przebywania okazywało się, że był to jeden z tych większych barów. Stoliki zdawały się być przypadkowo porozrzucane po lokalu, obrazki i plakaty nie tworzyły wspólnej całości, przez co ogół wydawał się być nieuporządkowany, ale zarazem miły dla oka. Niepewnie spojrzała w lustro nad barem, założyła kosmyk włosów za ucho i spojrzała na barmana, który wywołał u niej odruch wymiotny, był spocony, wielki i w śmiechu pokazywał wszystkie braki w uzębieniu. Szybko przeszła dalej, nogi się pod nią uginały, nie widziała nigdzie chłopaka, który ją tu ściągnął, a była prawie 19, miała ochotę odwrócić się i wrócić jak najszybciej do starej rzeczywistości.
- Chyba pora się w końcu przedstawić. Marek.
- Julia.- odparła cicho i poczuła, że blady rumieniec wstępuje na jej policzki.
- Miłość do pewnego autora została ci zaszczepiona razem z imieniem, co?
- Prawdopodobnie. Choć wolę uważać, że to sprawka kary, którą odbywałam w szkolnej bibliotece za zbicie okna w piwnicy podczas nieudolnej ucieczki ze sprawdzianu z matematyki.- zaśmiała się na samo wspomnienie o tamtym dniu.
Brzmi ciekawie, chodź, usiądziemy przy stoliku, zamówimy coś do picia i opowiesz mi więcej.
Ściany, ludzie, muzyka, błąkający się barmani rozmyli się, gdy wokół nich powstał magiczny świat wspomnień i opowieści z życia. Dwie, zamknięte dla otoczenia osoby otworzyły przed sobą wnętrza i oboje czuli, że nastąpił początek przyjaźni, niepisanej deklaracjami, w dal odsunęli wytwory wyobraźni, zamiast lustra i cienia mieli przed sobą drugą osobę.
2010-08-25 22:43:50 skomentuj (1)
Zmyśl
2010-07-07 16:41:23 skomentuj (2)
powiązane.
Czeka na piłę do stali, która wyrwie wrośnięte w skórę pęta.
2010-06-11 09:35:56 skomentuj (1)
Pokochaj mnie.
Wszystko zaczęło się cztery lata temu, w szarym domu dziecka. Przyjęli nowego wychowanka, zbuntowanego siedemnastolatka z burzą kręconych włosów i białymi zębami. Swoimi świdrującymi oczami przeszywał na wylot wszystkie dzieciaki mieszkające w tym miejscu. Miesiąc zajęło jej zbliżenie się do chłopaka na odległość bliższą niż kilkanaście metrów. Któregoś dnia, skręcając papierosa zawadiacko uśmiechnął się do niej. Była głupią, czternastoletnią dziewczyną, uważającą całe zło tego świata, jako coś zwyczajnego, normalnego. Ten uśmiech spowodował, że coś zawibrowało jej w krtani i podeszła bliżej. Szybki seks w bidulowej piwnicy, pomiędzy schowkiem na przetwory, a komórką na rowery, na oślizgłej, zimnej ziemi przysypywanej ciągle świeżą ziemią. Potem on osiągnął upragniony pełnoletni wiek i opuścił mury domu dziecka. Dziewczyna byłą zdruzgotana, któregoś dnia chwycił swoje rzeczy i bez pożegnania wyszedł. Była pewna, że już nigdy go nie ujrzy...
Niecałe dziewięć miesięcy później zobaczyła go w oczach swojej maleńkiej córeczki, która przez sen obnażała jej w swoim bezwiednym uśmiechu gołe dziąsła...
Teraz nienawidziła siebie i tego dziecka, ciągnąc walizkę pełną jej rzeczy, słysząc jej płaczliwe nawoływania widziała chłopaka, który ją spłodził. Przyspieszała kroku mając nadzieję, że mała wpadnie pod samochód, zgubi się, że ktoś ją porwie. O dziwo dostała mieszkanie, na obskurnym blokowisku, pełnym żuli, narkomanów i dresów, bez placu zabaw, z jedną ławką na czarnym trawniku.
- Mamo, zaczekaj!- wypiszczała dziewczynka z ciemnymi kręconymi włosami i przenikliwym spojrzeniem. Magda odwróciła się do niej, ukucnęła, poprawiła jej spódniczkę i zobaczyła na jej twarzy uśmiech, dzięki któremu ją miała. Jak mogła być taka głupia, jak mogła nienawidzić dziecka, które oddawało jej swoje serce, które walczyło o jej miłość z każdą sekundą coraz bardziej. Pozwoliła łzom zmoczyć kolorową bluzeczkę córki i wolniejszym krokiem, trzymając ją za rękę wkroczyły do szarej klatki, zaczynając nowy etap z życiu.
2010-05-18 11:17:06 skomentuj (0)
w starości
Zasypujesz się starością, młode swe życie zakopujesz w stertach śmieci sprzed lat.
Zasypujesz się przeszłością, twe młode życie stoi w miejscu od lat.
Lubisz zaciągać się koką, która uzależnia, robisz ją z kurzu ściąganego ze starego fotela, na którym on kiedyś położył swą twarz. Zaciągasz się mocno, zatoki nabrzmiewają ci kurzem i wspomnieniami. Apsik! Wypluwasz trochę przeszłości na dłoń i wcierasz w szmatkę, którą on kiedyś wycierał rozlaną kawę... Jak wodę z gąbki wyssałaś ją już dawno z włókien mikrofibry. Chusteczki higieniczne, zużyte, których używał zaraz po tym jak wylał tę kawę, schowałaś do szuflady, teraz budujesz z nich ołtarz dla swej zranionej duszy. Rozlał kawę, wytarł, wysmarkał zielone gluty w białe chusteczki, przeklnął i wyszedł... dwa lata temu.
Tagi: serce, kawa, dusza, kurz
Tagi: serce, kawa, dusza, kurz
Tagi: serce, kawa, dusza, kurz
2010-04-26 13:54:31 skomentuj (0)
